czwartek, 23 czerwca 2011

Spływ Wisłą z Dęblina do Nadbrzeży



Postanowiłem se spłynąć Wisłą.

Udało mi się zorganizować wolny weekend, więc polazłem do sklepu, celem zakupienia kamizelki - jedynej rzeczy której mi brakło. Zakupiłem również prowiant w postaci konserw i fasolki, celem do szamania.

Następnie przez tydzień ślęczałem nad mapami i ogarniałem, gdzie jakie licho może na mnie czyhać 8-)
W dzień wyjazdu pogoda, jak co weekend się przeistoczyła ze spokojnej w "alternatywną"
Typowe. Nie zważając jednak na takie drobne zawirowania wsiadłem w pociąg i wyruszyłem na spotkanie z Dęblinem.
Na miejscu byłem ok godz 17 z minutami. Cisza, spokój i krążące czarne helikoptery nad miastem - luzik.
Namierzywszy sklep dokonuję zakupu 6 litrów wody. Bagaż "deczko" mnie przygniótł do ziemi, ale twardo idę. W Dęblinie na tę okazję wyszło słońce i żar leje się z nieba. Typowe.
Szukając drogi nad rzekę, deczko się zakałapućkałem, wszak pierwszy raz jestem w Dęblinie. Obładowany, jak wielbłąd - wzbudzam sensację.
Dostrzegam dwie młode dziewczyny, więc zagajam :mrgreen:
Dziewczęta z uśmiechem wskazują mi kierunek i zapewniają, że to już niedaleko. Nie oszukały mnie - dostrzegam wał, więc podjarany przyspieszam kroku, by po chwili ujrzeć Wisłę. Przełażę przez wał i okazuje się jestem w dość dobrym miejscu do wodowania się.
Na drzewie wisi nawet tablica - 394 km rzeki.







Pompuję "dziunię" i płynę do najbliższej wyspy - cel pierwszy 8-)
Wicher dmie w twarz, ale luzik.
Dopływam do wyspy i mijam ją w spokoju i tak już prawie do końca spływu 8-)

A oto dziunia ;D




Przez cały wieczór towarzyszą mi helikoptery - trenują nabieranie wysokości - uznałem 8-)
Wznoszą się i opadają. Dęblin w końcu.

Słońce zachodzi, więc myślę o biwaku. Dość szybko znajduję odpowiednią wyspę.
Wyłażę i wyciągam na brzeg dmuchańca, następnie dokonuję rekonesansu.
Miło - ludzi brak - dzicz. Nazbierawszy drwa, rozpalam ognisko i stawiam weń fasolkę po bretońsku. Zjadam, kubek czyszczę i dzwonię do Jacka, celem go zdenerwowania 8-)
Posiedziałem jeszcze przy ogniu i polazłem spać.




Noc okazała się dość zimna - spałem na piasku. Stwierdzam, że jestem już za stary na cienką karimatę BW. Pożeram śniadanie i następnie zwijam obóz i płynę. Przepływam na drugi brzeg, by dojrzeć tablicę - 402 km.
Czyli wczoraj przepłynąłem 8 km. Pogoda się zmieniła - pochmurno, wieje.
Na szczęście w plecy 8-)
Fajnie i szybko się płynie w takich warunkach. Po drodze mijam łódki, a na nich rybacy.
Mijam rozstawione sieci - zaznaczone tyczkami. Tyczki - właśnie, trzeba ich wypatrywać - wytyczają szlak i informują o mieliznach. Wielce pomocne bywają. Tymczasem zmienił się wiatr i spycha mnie dość ostro na drugi brzeg, ja zaś płynę w przeciwnym kierunku, by skryć się przed srogimi podmuchami.
Takie tam mocowanie się z wiatrem 8-)

Wygrałem!

Płynę po "cichej" stronie.
Rzeka skręca i wpadam wprost na burzę. Tyle z mojej szumnej wygranej.
Moknę epicko. Tak właśnie se to wyobrażałem. Zmywam z siebie "codzienny syf"

Śpiewam se ochoczo - płynę w deszczu :D
Wychwalam Boga za radość i intensywność życia.
Duchowa odnowa w najlepszym wydaniu.
Zimno, wieje - cudownie spełnionym.
Zmoczony, dopływam do pierwszej lepszej łachy i schnę. Szybko stwierdzam, że wicher jest paskudny, ale i bywa wielce pomocny - osusza dość szybko.
Poncho schnie migiem, więc wsiadam i płynę dalej.

Na tę okazję nad głową przelatują mi cztery "Iskry" w zwartym szyku - dość nisko. Fajnie. Biało czerwone sztandary !!!
Płynę dość leniwie, czasem to nuży, więc wytyczam sobie cele. Do wyspy, do tego "czegoś" białego, do wędkarzy i tak płynę, aż wyłoniły się kominy Elektrowni Kozienice. Mapa ! Wrzeszczę sam do siebie. Ogólnie często sam do siebie gadam na tym spływie - miło - mam czas dla siebie, i co najważniejsze - słucham siebie !
Co wy mi tu dajecie ? Pustynia Kalahari ? :mrgreen: Nie ma nic lepszego ? Trudno.
W takim razie zwabimy ich na pustynie sesese ;D
Zaczyna mi odbijać z radochy, ale sprawdzam zaciekle - zgadza się, to już Kozienice.
Przydała by się papuga... se myślę.

Zastrzyk energii - łapię za wiosła i nabieram tempa, byle czym prędzej. Kominy coraz bliżej i bliżej. Przed samą elektrownią dobijam do łachy, celem porobienia zdjęć. Glebłem się na piasku, bo gorący i się "dosuszam" Obserwuję chmury - nadciąga burza. Postanawiam przeczekać.


Suszenie przed zmoknięciem.






Burza mija mnie bokiem, więc wsiadam do "dziuni" i płynę. Przy samej elektrowni rzeka skręca, więc skręciłem wprost w burze 8-) Czym bliżej elektrowni tym bardziej leje. Wymijają mnie inni kajakarze. Wymiana uprzejmości i już ich nie ma 8-)

Szybki , smukły kajaczek i parka w canoe.








Dobrze, że się dosuszyłem - zaraz znowu byłem cały mokry :mrgreen:
Wieje chłodny wiatr, ja mokry, więc trochu ziębi. Nagle wpływam w tropik, znowu zimno, znowu tropik. Co jest? Wkładam łapsko we wodę i olśnienie - zrzut gorącej wody. Fajne doświadczenie. Za elektrownią dobijam do łachy i schnę :mrgreen:
Dalsza droga spokojna, spływam dość blisko brzegu i podziwiam widoki - krowy na piasku.
Za Kozienicami zaczęły się "huki" nad rzeką. Strzelają, celem wypłoszenia szpaków, które pożerają czereśnie. Huki towarzyszą mi już prawie do samego końca spływu. Szpaki również. Na łachach ptactwo gnieździ się. Mewy i rybitwy co i rusz mnie atakują, gdy się nazbyt zbliżę.
Latają nisko i próbują udziabać, no i dokonują "zrzutów" :mrgreen:
Zbliża się wieczór, więc szukam dogodnej wyspy. Zaczynam grymasić - mijane wydają mi się kiepskie. Typowe. Po kolejny zakręcie, na horyzoncie wyłaniają się chmury. Już wiem co to oznacza. Namierzam wyspę i włączam telefon. Chloru dzwonił - 2 nieodobrane połączenia.
Wypływam na środek rzeki i dzwonię. Dziunia wpada w powolny ruch wirowy i tak spływam. Zagadałem się i w tym samy czasie co skończyłem rozmowę - wpadłem na mieliznę.
Ostre hamowanie, paranoja i telefon wpada mi do wody. Wyciągam go szybko i natychmiast wyjmuje baterię. Wskaźnik na baterii pokazuje totalne zalanie - klnę na Chlora siarczyście.

A to ta wyspa.





Nic mi się już nie podoba.
Wyspa też. Wsiadam i wiosłuję. Moknę, gdyż się rozpadało - wieje srogo.
Ciemne chmury pędzą nisko. Zło. Nagle mijam tabliczkę - 444 km rzeki. Osłupienie. :shock:
Zrobiłem aż tyle kilometrów ? Na to wygląda. Przepłynąłem pierwszego dnia 42 km.
Świetny debiut.

Radocha - dobijam do pierwszej lepszej wyspy i widzę, że obozują na niej kajakarze co mnie "wyścigli" pod Kozienicami. Wysiadam i wypakowuje się. Widzę zbliżającą się ku mnie delegację.
Rozmowa.
- Witamy 8-) No witam.
- Abo my mamy większe doświadczenie w spływach, to możemy pomóc przy obozie. Deczko osłupiałem, ale podziękowałem i stwierdziłem, że dam se radę.
Poszli.
Widać żem amator.
Jestem wykończony, więc próby z rozpaleniem ogniska wypadają blado. Wszystko mokre dookoła.
Nie zabrałem rozpałki ni kory brzozowej. Po kolejnej nie udanej próbie, daję sobie sam w pysk i przeganiam dekoncentrację. Wyzywam się również od debili i daję sobie sam popalić.
Na drzewie znajduję kawałek plastikowego sznurka.
Łamię swe ekologiczne postanowienia ( w końcu survival) i podpalam sznura.

Udało się - płonie dziarsko ;D No pacz ..
Wrzucam telefon obok na kołek i niech schnie. Zupka, konserwa i w kimono. Błogość. Nagłe uderzenie bassu wybudza mnie dość prędko. Disco Polo party w pobliskiej wiosze - wodzirej rozgrzewa się na dobre i drze mordę do mikrofonu. Cudownie kurwa! Jestem zmęczony, ale nie mogę usnąć. Sprawdzam na mapie co to za miejscowość - Skurcza.
Wodzirej śle pozdrowienia dla Bolka. I tak do 4 rana. Bolek i kamraci, potańczyli konkretnie.
Rankiem zaczęło padać i lało do ósmej. Po ulewie wstałem i zjadłem śniadanie. Umyłem mordę i płynę dalej. Ciepło i "huki" przywitały mnie. Z lubością rozmyślam o Bolkowym kacu, jak mu te huki radośnie potęgują ból łba. Uśmiecham się złośliwie i płynę.
Na razie tyle - jutro wrzucę część drugą 8-)


A to obiecana część druga.
Pogoda w niedzielę zmienną bywa. Rankiem lało.
Jak wypływałem, słońce grzało - teraz jest pochmurno. Rzeka, spokojna - leniwa. Potężne łachy ciągną się aż po horyzont.
Przypomniałem sobie o telefonie - wkładam baterię - działa !
Radość - mogę robić zdjęcia. Dzwonię do żony, celem sprawdzenia stanu głośniczka - działa. Elegancko.
Dziś lepiej "czyta" mi się rzekę. Zabawne, jak umysł się przestawia, nawet go to uspokaja - proste zajęcie - skupienie na wodzie. Słyszę warkot, i za chwilę na łachę wpadają 3 cossy. Gnają ile fabryka dała. Zatrzymali się w oddali nad samą wodą i gadają. Słysze ich dość dobrze - dźwięk po wodzie niesie się niesamowicie. Knują gdzie dalej jechać. Mijam ich - machają mi. Odmachuję i płynę dalej.
Kolejny zakręt i za nim widzę słupy wysokiego napięcia. Czyli, że to już Mniszew. Od tego miejsca rzeka jest mi w miarę "dobrze" znana. Przepływam pod linią, która buczy srogo. Wyłażę na plaże i odsypiam pół godziny. Po drzemce znowu w "dziunię" i do przodu. Kieruję się ku dobrze znanej główce na której łowimy sumy. Główki jednak nie widać. Pozostała z niej tylko mała wysepka w części czołowej. Rozmyło całą główkę. Olbrzymie głazy - nie ma nic. Ryzykuję i przepływam w miejscu gdzie zawsze siedziałem na kamiurach. Płynę dość szybko. Przepływam normalnie - nic nawet nie otarło o spód dmuchańca. Już wiem, że w tym roku tu nie połowię. Płynę dalej i wypatruję ujścia Pilicy. Przy samy ujściu - zlewa. Na szczęście krótka. Teraz płynę od miejscówki do miejscówki. Wiem, że za chwilę Wysoczyn i Sobienie Jeziory. Kolejne sumowe główki. Wiosłuję szybciej. Mijam je i stwierdzam, że nadal stoją. Mijam także przyczółki przeprawy promowej. Oba obstawione ludźmi. Wędki, grill i nawet skutery wodne.
Dobijam do kolejnej łachy. Rozprostować kości. Pstrykam kilka zdjęć i w drogę. Znowu pada, znowu śpiewam w deszczu. Widzę most - zatem Góra Kalwariia. Wyszło słońce. Przy moście drogowym włączam telefon i sprawdzam godzinę - 18.35. Poważnie rozważam zakończenie spływu już w Górze. Uknułem, że jak dopłynę do mostu kolejoweg do godz 19.00, to płynę dalej do Warszawy, a jak dopłynę do mostu i będzie po 19, to rezygnuję i kończę spływ. Dopływam do mostu, zegarek pokazuje - 18.55. Zatem po krótkim suszeniu pod mostem - płynę dalej.
Tymczasem przed sobą widzę konkretną burzę. Za plecami nadciąga druga. Płynę zrezygnowany. Naraz słyszę "grzmot" Odwracam się i widzę, że to tylko towarowy jedzie mostem. Słońce coraz niżej, więc macham szybciej wiosłami. Zmęczenie coraz bardziej daje się we znaki.
Mam ochotę na czekoladę. Niestety nie mam. :-/
Odganiam tę myśl i zbliżam się do Nadbrzeży. Po drugiej stronie rzeki "ktoś" krzyczy. Głos podobny do głosu kumpla, ale uznaję, że to nie on - skupiam się na wiosłowaniu. Nie chce mi się drzeć - zmęczony jestem. Oślepiony słońcem nie dostrzegam twarzy. Okazało się, że to jednak znajomi byli na rybach. No bywa. :mrgreen:
Słońce zaszło, a ja wypatruję swej ulubionej główki z myślą zakończenia spływu.
Nie wiem też ile przepłynąłem - nie mogłem odczytać cyfr z tabliczki. Były za daleko.
Nie poznaję okolicy - widzę swoją główkę zasypaną piachem. Czyli tu też już nie połowię.
Wyciągam dziunię na piach i przenoszę na beton główki.
Czyszczę ją i cieszę się, że mnie nie zawiodła. Dziwnie się czuję. Gdyby nie poranna ulewa, być może wyruszył bym ze dwie godziny wcześniej i dotarł bym do Warszawy. Tymczasem czeka mnie 7 km marszu do cywilizacji. I to dość szybko, bo jak ucieknie ostatni autobus, to czeka mnie kolejne 5 km do autobusu nocnego. Wypijam wodę i włażę na wał. Na wale tablica - 486 km. Zatem przepłynąłem dziś ok 41 km. Super. Widzę sady, więc złażę z wału i zrywam kilka kwaśnych jabłek. Wchodząc na wał widzę w ciemnościach trzech ludzi z bronią. Myśliwce - na dziki się zasadzili. Nie mam sił na uprzejmości, więc mijam ich bez słowa. Zaczyna mi uwierać wór - wrzyna się w ramię. Zmęczony konkretnie jestem. Nagle w niebo wylatują fajerwerki. Pewnie wesele.
Pokaz trwa dość długo. Popatrzył bym dłużej, ale wiem, że muszę iść. Tymczasem na wał wlazł dzik. :shock: Świece mu w ślepia a ten nic. Ze zmęczenia nie odczuwam strachu. Chyba to wyczuł. Gapi się na fajerwerki. Kuriozalna sytuacja. Mówię no idź w pizdu chcę przejść. Stoi. Zaczynam tupać i nogi zakrywam worem, jak by mu się zachciało mnie atakować. Drę mordę na dzika na wale. Kto mi w to uwierzy. W końcu dzik se chrząknął z oburzeniem i zlazł z drogi. Dalej idę nieco pobudzony. Myślę o stacji benzynowej, która zaraz się pokaże - kupię se czekoladę. Stacja zamknięta. Lipa. Idę na przystanek - autobus nawiał. Z łapania stopa rezygnuję - kto weźmie takiego obładowańca w nocy. No nic, idę dalej na nocny. Mijam kolejne przystanki i nagle widzę terenówkę z logiem TVN Turbo - hamującą z piskiem. Ktoś zawraca i staje. Koleś pyta czy może gdzieś podwieźć. Zgadzam się bezapelacyjnie. Okazuje się, że to jeden z myśliwych - poznał mnie po dobytku. Mówi, że różne rzeczy widział, ale jak im się wyłoniłem z trawska, to ich zatkało. Podziękowałem, że mnie nie odpalił. Stwierdził, że w gorącej wodzie kompany nie jest. Pyta ciekawie co tam dźwigam i co żem robił nad Wisłą. Opowiadam, więc co i jak.
Koleś na to, że skoro tak, to odwiezie mnie do samego Rembridż. Elegancko. Wysiadam dziękując serdecznie. Lezę do ulubionego monopolowego i kupuję "pawełka"
Do domu docieram w okolicach godziny drugiej w nocy.

4 komentarze:

  1. No! Gratulacje, daj Pan jeszcze linkę do galerii

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale przeczytam jutro, bom z lekka niedysponowany ;]

    OdpowiedzUsuń
  3. Wreszcie się doczekaliśmy wać Panie

    OdpowiedzUsuń
  4. Dajcie mi dziesięć tekstów do przeczytania, a bezbłędnie rozpoznam styl Slaqa!

    OdpowiedzUsuń