niedziela, 5 grudnia 2010

Zimowa nocka na bunkrze

Jakoś na początku tygodnia Jacuś oznajmił mi, iż chętnie widział by mnie w lesie, celem na nockę pójścia i powalczenia z zimą. O dziwo wiry w kosmosie ułożyły się pozytywnie a także Baśka aka moja żona wyraziła zgodę na moje wyjście - bez wielkiego szemrania. Zatem począłem czynić przygotowania - wybrałem się na bazarek i zakupiłem wędzonej słoniny, żeberek i wędliny co by "przetrwać"

W tak zwanym międzyczasie Jacek poinformował resztę kompanów o naszych planach.
Dzień wcześniej łaziłem z Grzymkiem w lesie, więc ten zapowiedział się "na bank" ;D Kolejnym zainteresowanym był Puchal. Nasz dzielny Her Moderatores, który szył mi dziarsko pochewkę na mój jakże zacny nóż ;) W przed dzień wypadu, zawodowi zapowiadacze pogody, oznajmiali co i rusz o nadchodzącej klęsce żywiołowej w postaci śnieżyć, zawiei i zamieci. Jacek nieco się obawiał, jednakowoż okazało się, że z pogodą nie było tak źle. W piątek z wieczora w końcu wyruszyliśmy w las. W między czasie okazało się, że "przypadkiem" namówiłem Slotha na wypad. Tym samym "przypadkiem" oberwał Grzymek , który postanowił z nami jednak nie iść, gdyż zasiedział się na imprezie i było mu dobrze. Wir ten sprowadził się do tego, że Sloth wpadł do lasu bez szpeju - bo przecież ino na 2 godzinki miał wpaść i z Grzymkiem wracać ;D
Sloth nie zaraził się tym jednak, i ruszyliśmy dziarsko w las odpalając nową "germańską" lampę naftową Puchala. Poprowadziłem chłopaków "nowym skrótem" w kierunku bunkra - oczywiście narażając się na docinki i inne brednie rozgłaszane głównie przez Jacka :D
Planowałem obozować w lesie po drugiej stronie bagna , ale okazało się że teren który sobie upatrzyłem - jest "dość wodnisty" pod śniegiem, wiec zawróciliśmy na bunkier.
Po dotarciu nań okazało się, że nie jest on w środku zasypany śniegiem, więc Sloth zamówił sobie nocowanie w nim. Jacek przychylił się ku jego prośbie i planując coś zbereźnego - chciwie zacierał ręce. Ja i Puchal zabraliśmy się za odśnieżanie naszych miejsc noclegowych. Muszę przyznać, iż rakiety Puchala świetnie się nadawały do tej roboty.
Gdy rozstawiłem plandekę i ogólnie się ogarnąłem postanowiłem coś zjeść.

Podjadłszy nieco - radośnie popijałem herbatkę ;)




W tym samym czasie Jacek wyklinał mnie i w amoku walczył o ogień.
Po jakimś czasie i po kilku szpetnych wyzwiskach skierowanych w mym kierunku, ogień postanowił nieco się popalić. Szybko wykorzystał to Puchal i wsadził w ogień menażkę z jakimś przednim jadłem ze słoja.

Jacek podjadał żeberka.




Po uczcie udałem się na spoczynek zaś Sloth na walkę o przetrwanie ;)
Noc była dość mroźna ok -14*
Sloth nie mając śpiwora, siedział w bunkrze i palił ogień.
Skubany przetrwał ;D

Ranek okazał się dość ponury i mroźny.




Wynurza się Her Wojciech ;D



Ogólnie bardzo miły wypad to był.

piątek, 3 grudnia 2010

We śniegu po pachi

Że ze Slaqiem chodzenie do lasu jest niebezpieczne to wiedziałem.
Nie spodziewałem się natomiast, że poza zapędami sadystyczni ma także te samobójcze.
Ale od początku.

Umawialiśmy się wypad poszukiwawczy "na czeczoty" od wtorku.
W wyniku spisku i knowań babilońskich sługusów udało nam się spotkać dopiero w czwartek.
Start miał nastąpić w okolicach godziny 21 Sławek początkowo chciał wymięknąć ale udało mi się go przekonać by tego nie robił. Po drodze nastąpił mały poślizg i do lasu weszliśmy koło 21:40.

A las piknie wyglądał oj piknie. Z tym, że nie był łaskawy dla piechurów gdyż śniegu było po ja... pas.

Co widać na zamieszczonym zdjęciu:


Przedzieraliśmy się po bezdrożach wypatrując cały czas upragnionej czeczoty.
Slaqu oczywiście prowadził najbardziej naokoło jak tylko umiał, wybierając trasę tak by przebiegała w okolicach bagien, moczar i wszystkiego w czym można się utopić albo chociaż zamoczyć.
Nie omieszkałem kilka razy sprawdzić temperatury wody płynącej w jakimś kanałku i jakości błota na brzegu bagna. Po testach organoleptycznych stwierdziłem, że jest zadowalająca ale jakoś się nie skusiłem by wejść dalej. Sławek oczywiście nie mógł się powstrzymać i wlazł na ledwo zamarzniętą taflę bagna. Ja w tym czasie obmyślałem plan misji ratunkowej jak już wpitoli się po uszy.
Jakaś mroczna siła musi go chronić bo udało mu się nie zatonąć, wpakował się za to w błocko przy samym brzegu czym bardzo poprawił mi humor. Jeszcze więcej radości mi dał widok Sławka odwróconego o 180 stopni po tym jak się poślizgł :D Przeuroczo wyglądały jego nóżki kołyszące się w górze i światło czołówki przebijające się z pod śniegu na dnie rowu.
I nagle olśnienie, jest ona, śliczna, duża czeczota. Wyciągnęliśmy swoje turystyczne piły i okazało się, że mamy za małe sprzęty (nie śmiać się) do tej roboty.
Trzasnęliśmy po herbacie i zebraliśmy dupska w drogę powrotną.

Do domu dotarłem o 1:40 i zacząłem inspekcję butów. Okazało się, że poza śladami bagiennego błota nic mi nie przemiękło i ogólnie jestem śliczny. A moje lanserskie UL-owe stuptuty, z których śmiał się Sławek spisały się fantastycznie.

Podsumowując:
-przeszliśmy jakieś 5,5km
-w ciągu 3 godzin
-temperatura około -12 stopni Celsjusza
-znaleźliśmy jedną czeczotę
-której nie wycięliśmy


A tak wygląda Slaq, którego udało mi się namówić
na wejście w rów pod zwaloną brzozę:

poniedziałek, 29 listopada 2010

Bunkier 26.11.2010


















Piątkowy wieczór, na miejsce dotarliśmy w 2 turach, najpierw Ja, Grzymek i Slaq, troszkę później dołączyli do nas Puchal, Jacek i Thrackan. Jako że byliśmy 1 zainicjowanie ogniska pozostawiono nam...Slaqu znacznie ułatwił sprawę bo przygotował drewno już wcześniej( oczywiście nie wspomnę o tym że było nie równo pocięte i pokryte śniegiem, ehh ja nie wiem...) No tak ale kto ma rozpalić? oczywiście Ja jako świeżak, Grzymek naciął mi chrustu i w bardzo survivalowy sposób podpaliliśmy ognisko.Czekając na resztę raczyliśmy się piwkiem i grzymkowymi precelkami. W wieczornych ciemnościach zobaczyliśmy światła, to też podrzuciliśmy do ognia. po 10-15 minutach czekania zaniedbaliśmy ogień z myślą że chyba się zagubili. W między czasie Slaq musiał iść na spotkanie z żoną, po drodze nakierował zguby :) .Chłopaki nie byli zadowoleni z ognia no ale cóż...wcześniej paliło się ładnie. Puchal zapomniał z taxówki Kocioła i surowców na leczo. No bywa i tak. Więc z pozostałości miało powstać COŚ ( kiełbasa + pomidory z ogniska). Wszyscy się juz rozstawili, Grzymek, Jaca i Puchal zamontowali swoje tarpy, Thrackan zaczął szykować swój worek foliowy do spania więc zacząłem przygotowywać bunkier jako moją gawrę. Grzymek zanęcił mnie puchem z pałki WODNEJ, wyruszym w jej poszukiwaniu, ale obrałem raczej zły kierunek, Grzymek doszedł do mnie i poszliśmy na bagno. pałki wodnej nie znaleźliśmy. Reszta zaczęła się martwić(czyli wymyślać teorie dla czego nas tak długo nie ma) więc zadzwonili. Nie minęła chwila a byliśmy na miejscu
Pogoda raczej sprzyjała, resztki śniegu, szron, -6*C. Księżyc prawie w pełni to też i klimatycznie było. W między czasie coś tam pojedliśmy i popiliśmy. Światło księżyca odbijające się od tafli lodu na bagnie zaciekawiło wszystkich i poszliśmy sobie popatrzeć :) Grzymkowi załączyła się chęć na głupoty dla tego wypchnął mój kubek na lód( oczywiście a tyle cienki że nie dało by rady na nim stanąć) szybko zagarnąłem kubek z powrotem...następnym klientem był Puchal ale zamiast kubka lampa wygrała wycieczkę na lód.


Thrackan i Puchal mieli swoje lustrzanki więc zaczęliśmy szlajać się po okolicy w poszukiwaniu widoczków ;D

Po drodze ratowaliśmy las przed ASG |..........tajne..............| ,wracając poczuliśmy zapach spalenizny..... ochoczo idac na bagna zapomnieliśmy o ''leczo'' -zwęgliło się, wyglądem przypominało węgiel kamienny a zapachem przysłowiowe gówno! znów pojedliśmy i popiliśmy czekając na Slaqa, któy miał wrócić koło 2, Niestety miał inne rzeczy do roboty :D, Mimo że spałem w bunkrze ogrzewanym przez 2 cegły a chłodzonym przez 3 dziury w betonie nie zmarzłem, Najbardziej ucierpiał Tharackam w swoim worku. Puchal,Grzymek i Jaca nie pomyśleli nawet o marznięciu :) Rano przyszedł Sławek z jajkami (kurzymi i przepiórczymi) i %.


Jakoś przed czy po śniadaniu zostałem oskarżony o nieporządek w moim leżu -nie wiem dlaczego :P, Po jajecznicy zabraliśmy się do roboty! Puchal musiał już spadać więc zostaliśmy tylko we 4. Pracę umilały Jackowe śpiewy i rozgrzewające trunki. Nie mogę nie wspomnieć o nieocenionej pomocy Grzymka który był jedynym pracownikiem umysłowym :) Jakoś koło 15 się zwinęliśmy.... Późno już także nie wiem co jeszcze dodać... ktoś tam jeszcze coś doda od siebie :)
Ogólnie Wypad udany

czwartek, 7 października 2010

Larwy w zalewie wisniówkowej

Na ostatnim wypadzie Slaq porządkując drewno na opał natknął się na białe larwy w spróchniałej kłodzie. Długo nie myśląc stwierdziłem-dawaj. Razem z kolega Grzymkiem zaczęli je skwapliwie wyłuskiwać z pnia drzewa. Znalazło się kilka dorodnych sztuk jak na nasze warunki. Wyglądało niezbyt apetycznie, ale postanowiłem spróbować je podsmażyć i przełamać kolejną barierę jaką było jedzenie robali. Produkt przed obróbką wyglądał tak:
Jako że mieliśmy kociołek postanowiliśmy wykorzystać jego przykrywkę jako ruszt. Wrzuciłem kilka sztuk i przewracając je podpiekałem celem przyrządzenia ich na chrupiąco, choć nawet nie wiedziałem czy tak się da. Wspomniany wcześniej Grzymek jako, że zachował jeszcze w swym kubku trochę wiśniowej nalewki zarzucił pomysł czy może by ich tym ustrojstwem nie zalać, nie oponowałem. Dolaliśmy i nalewka zaczęła bulgotać i parować, a w nich nasze larwy pięknie się kotłowały. Po paru minutach produkt finalny wyglądał tak:
Na prędce przystąpiliśmy do konsumpcji, znaczy ja przystąpiłem bo chłopaki nie do końca byli przekonani. Jakież było moje zdziwienie gdy przegryzłem robala. Nasiąknięte nalewką i cukrem z niej smakowały niesamowicie. Dawno nie jadłem tak dobrego deseru, oszamałem kilka sztuk, niemniej jednak po chwili zastanowienia pojawił się w mym mózgu i żołądku mały konflikt. Mimo że kicha przyjęła bez problemów pozostał jednak mały dyskomfort psychiczny, który pewnie wziął się z tego iż była to rzecz normalnie przeze mnie do tej pory niespożywana. Finalnie chłopakom Slaqowi i Grzymkowi też zasmakowało i stwierdziliśmy, że od biedy takie źródło dzikiego białka w sytuacji awaryjnej może być całkiem przydatne tym bardziej że było tego naprawdę sporo a rozebraliśmy tylko kawałek jednej kłody.
Po powrocie do domu postanowiliśmy pogrzebać z jakim robalem mieliśmy do czynienia. Slaq pogrzebał trochę w necie i robale okazały się być z rodziny kózkowatych. 

Za Wikipedią:
Kózkowate (Cerambycidae) – rodzina owadów z rzędu chrząszczy, podrzędu chrząszczy wielożernych. Rodzina obejmuje owady o wydłużonym ciele i charakterystycznych niezwykle długich czułkach, które często sięgają poza odwłok. Do rodziny tej zalicza się ponad 20 tys. gatunków; w Polsce 192.
Larwa kózkowatych
Kózkowate są roślinożerne, a ich życie i przeobrażenie często związane jest z jakimś konkretnym rodzajem rośliny (często drzewem). Niektóre rozwijają się w drewnie użytkowym i jako takie zaliczane są do szkodników (spuszczel pospolity).
Produkt finalny po przeobrażeniu wygląda mniej więcej tak:

A to mała video relacja:

video

Kocioł na bunkrze

Tak jak żeśmy uknuli onegdaj, tak żeśmy kocioł zatargali w końcu do lasu ;D
A to jest krótka relacja z tegoż jakże pociesznego spotkania.

Wieczorkiem w dniu wyjazdu przyjechał do mnie Jaca, więc ucieszyłem się ogromnie z tegoż faktu i po rozebraniu kotła na części - dołożyłem mu ok. 5 kg do plecaka, czym wprawiłem go w radosny nastrój. Plecaki mieliśmy wyjątkowo ciężkie. Mieliśmy iść powoli, ale okazało się, że nie jest tak źle i doszliśmy w miarę szybko. Na miejscu zastaliśmy Puchala , który radośnie grzebał w swoim kotle i namawiał do spróbunku, tegoż co tam ambitnie upichcił.
Przygotował on gulasz.

Jadło owe okazało się przednią strawą - ostrą i pachnącą, jednak czegoś mi w niej było brak i zagadka owa pozostanie nie rozwiązana ;D
Grzymek i Michał, również byli już na miejscu. Z relacji Puchala wynika, że niby pomagali przy tej potrawie, jednak osobiście śmiem poddać tę informację w wątpliwość.
Gadaliśmy, jedliśmy, raczyliśmy się trunkiem, aż Puchal postanowił nas opuścić. Doprawdy do tej pory nie rozumiem czemu polazł w bagno, ale szczęściem po chwili uratowałem go i pokierowałem do cywilizacji. Podejrzewam, że GPS skłamał ;D Albo zaraza chorobowa, która go dopadła pogmatwała mu coś w systemie nawigacji.
Gdy moderator się oddalił „elita forum” dyskutowała na tematy różne i emocjonujące.
Grzymek niebacznie, pochwalił się nam, swym nowym nabytkiem w postaci hamaku, czym wywołał we mnie zawiść. Plany co do jego żywota mieliśmy paskudne, jednak obyło się bez rozlewu krwi. Oczywiście nie jestem zawistny ;D
Rankiem opuściłem „elitę” i udałem się do domu, celem wypełnienia zobowiązań rodzinnych.
Gdy wróciłem zastałem na miejscu typowy dramat epicki. Kiła i mogiła ;D
Po pobieżnej ocenie sytuacji przystąpiłem do budzenia biesiadników. Grzymek – jedyny czujny wstał bez oporu.
Reszta kompanów wymagała ambitniejszego podejścia do sprawy, czyli wyciągania za łeb ze śpiwora.

Elita nie szczędziła mi szpetnych wyzwisk, lecz po chwili - radośnie grzali się przy ogniu.
Grzymek, człek zapobiegliwy i opiekuńczy, naparzył herbatki i podając ją Michałowi, rzekł czule – masz „Chloru” herbatka dla Ciebie ;D ;D
Tak, więc po tej miłej scence, Michał napił się herbatki i zyskał nowy przydomek, który osobiście uważam szybko go nie opuści ;D

Pogoda była piękna, zaś rześki poranek zmotywował mnie do zabaw z kotłem.

Przepis jako taki wymyśliłem - sam ... no może troszkę oszukuję - posiłkowałem się tu:
Panią prowadzącą tegoż bloga, pragnę serdecznie pozdrowić przy tak zwanej okazji ;]

Jeszcze to coś dorzucę ... by slaq

Bagno



Bagno – obszar o utrzymującym się nadmiernym nawilgoceniu, porośnięty przez roślinność przystosowaną do specyficznych warunków związanych z dużym nawilgoceniem. Bagna bardzo często tworzą się w zagłębieniach terenu we wszystkich strefach klimatycznych świata. Największe przestrzenie zajmują jednak na obszarach pokrytych wieczną zmarzliną (Syberia, północna Kanada) i w strefie równikowej. Poza tym tworzą się w dolinach i deltach dużych rzek, na pojezierzach, na płaskich obszarach bezodpływowych, w nieckach krasowych, w odciętych zatokach morskich i nad brzegami mórz i oceanów. W bagnach w wyniku procesów utleniania związków organicznych tworzy się torf.
Nauka zajmująca się badaniem genezy i funkcjonowania bagien to paludologia.
Czasami bagno traktowane jest jako synonim torfowiska.

Typy bagien

Ze względu na sposób zasilania obszaru zabagnionego wodą słodką wyróżniamy:
  • bagna ombrogeniczne (torfowisko ombrogeniczne) - zasilane prawie wyłącznie wodą opadową i występują w strefach młodoglacjalnych (sandrowych i morenowych), na obszarach krasowych i wydmowych oraz na obszarach zatorfionych dolin.
  • bagna topogeniczne (torfowisko topogeniczne) - zasilane wodami podziemnymi, występują na obszarach bezodpływowych lub wysoczyznach morenowych odwadnianych słabo.
  • bagna soligeniczne (torfowisko soligeniczne) - występują w miejscach wypływu podziemnych wód, zazwyczaj u podnóży stoków i krawędzi doliny.
  • bagna fluwiogeniczne (mokradło fluwiogeniczne) - towarzyszą ciekom i są zasilane ich wodami wezbraniowymi, również spływem wód powierzchniowych ze stoków. Zasilane są wodami gruntowymi przy niskich stanach wody w rzece.
Ze względu na stopień uwodnienia, tereny podmokłe dzieli się na:
  • trzęsawiska - tereny stale nasycone wodą z "kępową" roślinnością lub "kożuchem" - płem - zarastającym jezioro
  • mokradła stałe - woda w nich znajduje się przez cały rok blisko powierzchni gruntu, nie głębiej niż 50 cm
  • mokradła okresowe - poziom wody obniża się w suchych porach roku na głębokość większą niż 50 cm (np. zalewane łąki w dolinach rzecznych).

czwartek, 30 września 2010

Wędki

Tu pojawią się informacje na temat połowu ryb.

Patenty

Tu pojawią się informacje na temat patentów wszelakich.

Wypad na ryby II 30-31.03.07

30 - 31 MARCA 2007 r.
Łowisko – Rzeka Wisła.
Temperatura - w dzien ok. +15-17 *, w nocy ok. +4. *, nad ranem przymrozek -1 *.
Wiatr – brak.
Zachmurzenie - w dzień niebo bezchmurne. W nocy niebo bezchmurne.
Ciśnienie - 1019 hpa.
Księżyc – pierwsza kwadra – dzień piąty.
Słońce – 30.03 – Zachód – 18.07
31.03 – Wschód – 05.15
Od tygodnia pogoda była wiosenna i słoneczna z czego ochoczo zaczęły korzystać drzewa i rośliny, które wcześniej niż zwykle zakwitły i zazieleniły się. Bociany przyleciały i w ogóle miło się zrobiło, jak to wiosną. Wyprawa, jak wcześniej zaczęła się od telefonów. W poniedziałek Kopernika obudziło słońce i wiosna w związku z czym postanowił się zrewanżować i pojechać z nami na ryby. Wziąwszy telefon w dłoń zadzwonił do mnie i udając cwaniaka oznajmił, iż jedziemy w sobotę na ryby. Naturalnie się zgodziłem wyzywając go od łachów za poprzednią niesubordynację. Dzień później zakręcony Kukin również zaapelował o wpis na listę.

Właściwie trzy osoby to już komplet, ale na nasze nieszczęście swe dumne przybycie obwieścił również Stopa. Brak słów na tego gościa, ale coś jednak trzeba napisać i ewentualnie przekazać potomnym ku przestrodze. Ów osobnik przyjechał do mnie jako pierwszy koło południa i z miejsca siał zamęt i paranoje próbując odwieść mnie od wyjazdu w dzicz. Plan miał inny, mianowicie kusiło go okrutnie darmowe picie i balet w nowo otwartym klubie Szklarnia gdzie później balowała Basia z Ania. Niestety na nic nie zdały się jego nieudolne umizgi i bajeczne wizje super imprezy, które to roztaczał w swej chorej wyobraźni… zwyczajnie olałem alkoholika.

Kopernik zjawił się u mnie ok. godziny 14.00 przygotowany konkretnie i spakowany w wielką torbę. Popijając piwko czekaliśmy na Kukina. Gdy w końcu przyjechał ruszyliśmy dziarsko ku rzece. Nad Wisłę dotarliśmy wieczorem ok. godziny 19.00 słońce już zachodziło. Postanowiłem, iż będziemy łowić na wyspie w pobliżu ul. Sitowie tuż za piaskarnią, tam gdzie swego czasu poznaliśmy starego dziadka, który od maja do października koczuje nad brzegiem Wisły i czai się na wielkiego suma. Aby dostać się na wyspę trzeba przeprawić się przez odnogę rzeki, która ma gdzieś 10-15 metrów szerokości i w zależności od stanu wody od 10 cm do 2-3 m głębokości. Wszystkie tego typu odnogi rzeczne nazywamy umownie Limpopo.

Nazwę owa przejęliśmy od pewnej afrykańskiej rzeki w Zimbabwe gdzie zamierzamy kiedyś pojechać. Niestety stan wody okazał się za duży na przeprawę, prąd był silny a i chętnych do kąpieli w marcu też nie było zbyt wielu. Po naradzie ruszyliśmy szukać dogodnego łowiska w miejscu przeze mnie i przez Kukina niezbyt lubianym a mianowicie koło plaży naturystycznej gdzie łażą różne męty i zboki drażniąc nas swym nałogiem. Miejsce znaleźliśmy dość szybko było dobre, ponieważ był to swego rodzaju półwysep otoczony bagnami. Szybki podział ról, jeden zbiera drewno, drugi rozpala ognisko a reszta szykuje sprzęt. Obyło się bez problemów i wkrótce zasiedliśmy przy ogniu otwierając browary.

Atmosfera zrobiła się całkiem przyjemna. Standardowo nad żarem piekły się mięsiwa i kiełbaski . Kopernik luźny chłopak nawet przywiózł ze sobą małe radio, co by jakaś muzyczka grała. Kilka godzin później już wiedział, że to był głupi pomysł. Około godziny 22.00 Stopa nieco już sponiewierany zaczął dobierać się do butelki z wódką, którą przywiózł Kopernik. Procenty sprawiły, iż natarczywie zaczął bawić się radiem podgłaśniając i zmieniając ciągle stację, doprowadzając nas wielokrotnie do furii. Atmosfera zrobiła się zdecydowanie za głośna wszelkie próby uciszenia roztańczonego Stopy spełzły na niczym.

Wypiłem trochę wódki i pozbawiony wszelkiej nadziei na rybę wlazłem do śpiwora spać. Stopa uznał, iż to jakieś nieporozumienie i wkurzając mnie do granic możliwości uniemożliwiał mi spanie. Kopernik z Kukinem „zmęczeni wędrowcy” również zaczęli rozglądać się za wygodnym miejscem do spania. Od godziny 20.00 do północy żadnych brań. Stopa jako jedyny nie mogący, spać postanowił zrealizować projekt opróżnienia pozostałości butelki w samotności. Butelka była prawie pełna gdyż my napiliśmy się raczej symbolicznie. O godzinie 1.30 Kopernik został w dość ciekawy sposób przebudzony przez Stjope mianowicie ów „ meloman” wsadził mu słuchawkę w oko… żeby sobie posłuchał muzyczki.

Wcześniej Kopernik dał mu słuchawki, żeby nie słuchał na głośniku. Po tym małym „incydencie” Stopa padł gdzieś w dół i zasnął. Około godziny 3.00 Kopernik przebudził się i stwierdziwszy zanik ognia w ognisku poszedł po drewno. Gdy w ciszy i ciemnościach nocy ponownie rozbłysły płomienie gdzieś w błotnistym dole zaczął się przebudzać nasz Adaś. Z relacji Kopernika wyłania nam się obraz zniszczonego człowieka. Otóż Adaś wynurzał się z czeluści dołu „ za potrzebą” bynajmniej tak to wyglądało, mianowicie wstał, zdjął spodnie oraz gacie i celując fujarą w Kopernika zrobił obrót o 360 stopni. Niestety obrót mu nie wyszedł gdyż zaplatany w śpiwór swoje gacie i nogi Kukina przewrócił się niefortunnie w pobliże torby Kopernika. Będąc już kompletnie zarzuconym nie chciało mu się wstawać ponownie, więc ujął w dłoń swój pożal się boże „interes” zaczął lać wprost na torbę. Kopernik z natury spokojny chłopak i nie skory do gniewu tego już nie zdzierżył.

Wstał postawił Stjope na nogi, dał mu w ryj, poczym Adaś usiadł.i udawał Mariana. Kopernik nie szczędził przekleństw i buńczucznych wyzwisk, gdy czyścił torbę, natomiast ja z Kukinem wynurzyliśmy się ze śpiworów. Tymczasem urażony Stopa wstał wyzwał nas od chamów i oznajmił, iż jesteśmy niegodni i że on idzie do domu. Otrzymawszy od każdego z nas błogosławieństwo na drogę rzucił ostentacyjnie śpiwór i poszedł przed siebie. Daleko nie zaszedł. Doszedł do końca cypla a tam dalszą wędrówkę zagrodziły mu bagna, więc postanowił sobie postać. Stał tam z dobre 10 minut i kiwając się na boki pokutował. Nagle oprzytomniał i postanowił jednak do nas wrócić. Daleko nie miał jakieś 10 metrów, ale nie przeszkodziło mu to w tym, aby się widowiskowo wywalić ze trzy razy.

W końcu po trudach podróży dotarł i usiadł przy ognisku. Było dość chłodno, więc chcieliśmy się napić wódeczki niestety Stopa w pełni zrealizował swój projekt picia w samotności pozostawiając nam marnego łyka. Wiele się, więc wyjaśniło. Posiedzieliśmy jeszcze trochę śmiejąc się z Adasia, który usiadł sobie w taki sposób, iż został nazwany „ubogą pasterką” poczym poszliśmy spać. Kompletny brak brań. Rankiem wstałem i zmontowałem zestaw do lekkiej wędki, ale i na nią nie udało mi się nic złowić. Pomału wstał Kopernik i przygotowując szaszłyki na śniadanie obudził Kukina.

Ten z kolei obudził Stjope, który wstał rozejrzał się mętnym wzrokiem, zrobił kilka kroków i natychmiast pokonany przez grawitację z powrotem wpadł w swój dół. Kukin z politowaniem nakrył go śpiworem i zaparzył kawy. Gdy zjedliśmy szaszłyki kolejny raz obudziliśmy Stopę. Trochę się buntował, ale w końcu wstał. Okryty śpiworem z kapeluszem na głowie wyglądał jak zorro. Długo nie myśląc nazwałem go „żółtym zorro” gdyż kolor śpiwora był jaskrawo żółty. Łaził wszędzie po okolicy z tym śpiworem poprawiając nam nieźle humor. Około godziny 8.00 postanowiliśmy wracać do domu. Gdy opuszczaliśmy łowisko na nasze miejsce przyszli inni wędkarze.

Łowili na feedery wędki z drgającymi szczytówkami i w dość szybkim czasie jeden z nich wyciągnął płotkę. Wnioski z wyprawy to po pierwsze nie brać ze sobą Stjopy gdyż po mimo jego szczerych chęci nadal jest za głośny i płoszy ryby a po drugie czas pomyśleć o zakupie wędki z drgająca szczytówką gdyż na sztywnym spinningu nie widać delikatnych brań ryb.

Wypad na ryby I 10-11.03.07

10 - 11 MARCA 2007 r.
Łowisko – Rzeka Wisła.
Temperatura - w dzien ok. +15*, w nocy ok. +1*, nad ranem przymrozek -2*.
Wiatr – północno zachodni umiarkowany.
Zachmurzenie - w dzień małe, po południu duże – brak opadów. W nocy rozpogodziło się.
Ciśnienie - 1012 hpa.
Księżyc - pełnia – dzień siódmy.
Słońce – 10.03. – Zachód – 17.32
11.03 – Wschód – 06.02
Początek sezonu.
Marzec zaskoczył nas wyjątkowo ciepłą aurą. Mianowicie temperatura utrzymywała się od kilku dni w okolicach +15 stopni w związku z czym po kilku burzliwych rozmowach telefonicznych postanowiliśmy wybrać się na ryby. Planowaliśmy wybrać się w trójkę czyli : Kopernik , Kukin i ja . Nie wiadomo z jakich to przyczyn Kopernik wymiękł, ale my swoje z Kukinem wiemy. Grubas bał się zimna i tego, że schudnie. Rano w dzień wyjazdu niejaki Kret aka zawodowy zapowiadacz pogody ośmielił się stwierdzić, iż po południu i w nocy będzie padać. Postanowiliśmy pogadać z nim „po swojemu” kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja. Około godziny 16 z minutami Kukin zjawił się u mnie w domu.

Po spakowaniu niezbędnych rzeczy i zakupie piwa wyruszyliśmy w dzicz nad rzekę. Nad Wisłę w okolicach ul. Bysławskiej, dotarliśmy dość późno, było szaro i zanosiło się na deszcz – Kret miał pozamiatane. Postanowiliśmy łowić na zakręcie rzeki na cyplu w pobliżu wysp. Stan wody w rzece był średni i przybierała powoli. Gdy dotarliśmy na naszą miejscówkę okazało się, iż bobry pozwalały większość drzew i jesteśmy kompletnie odsłonięci od wiatru i ewentualnego deszczu. Po krótkiej naradzie wyruszyliśmy dalej przed siebie. Mijane miejsca były kiepskie. W końcu znaleźliśmy dobre miejsce, byliśmy nieco w dole, przez co byliśmy mało widoczni i mniej narażeni na wiatr. Szybko rozpaliliśmy ognisko i przygotowaliśmy wędziska by po chwili siedzieć przy ogniu i wsłuchiwać się w dzwonki. Wcześniej przygotowane prze zemnie szaszłyki teraz ładnie przypiekały się nad żarem.

Do godziny jedenastej wiał zachodni wiatr i było dość chłodno - brań nie było. Nad rzekę zawitało również jakieś towarzystwo, piło wóde i podpalało trawę – chcieliśmy ich podejść i nastraszyć, ale daliśmy sobie spokój. Wiatr ucichł zupełnie i niebo rozpogodziło się. Przygotowałem „ dośc mocną” kawę Kukinowi co by nie poszedł za szybko spać i sam wlazłem do śpiwora oznajmiając mu, iż trzyma pierwszy wartę. Nie protestował. Obudził mnie o godzinie drugiej tak jak się umawialiśmy - było zimno. Gdy z niechęcią wyłaziłem ze śpiwora nagle energicznie zadzwonił dzwonek na mojej wędce, Kukin poderwał się do wędki, której czubek był już prawie w wodzie. Podbiegłem do niego zobaczyć z czym tak dziarsko walczy jednak to coś w wodzie nie było rybą.

Tuż po zacięciu „coś” spłynęło 2 metry pod brzeg i nie dało się bliżej podciągnąć. Próbowaliśmy odhaczyć zaczep, ale to nie był zwykły zaczep czuć było wyraźnie jak coś odrywa się od dna i opada na nie z powrotem i dodatkowo silny prąd ciągnął to w dół rzeki. Cisza, zimno …mówię: Kukin ty to trup.. Kukin na to, że miał takie same wrażenie.. jaka paranoja. Zerwałem silnym szarpnięciem i poszliśmy ogrzać się od ogniska. Dołożyliśmy do ognia i poszliśmy spać. Do rana do godziny piątej brak brań. Ranek był rześki. Mały przymrozek dał się we znaki Kukinowi, który nieco zmarzł. Upiekliśmy szaszłyka i zjedliśmy z zadowoleniem, przyprawa staropolska co to mi ją Basia poleciła idealnie się nadawała do szaszłyków.

Posiedzieliśmy jeszcze do godz. ósmej, porobiliśmy zdjęcia okopałem, trochę Kukina i w atmosferze głupawki powoli zbieraliśmy się do domu. Brak brań przez cały ranek. Jakież było moje a później również Kukina zdziwienie, kiedy w telewizji podali informację o tym, iż w okolicach Puław kilku studentów piło wódkę nad brzegiem Wisły po czym jeden el kozakoo postanowił się wykąpać i przepadł na zawsze porwany przez nurt. Do wody wskoczył ok. godz. 22.30 do przepłynięcia miał ok. 90 km.
Nurkowie nie znaleźli ciała. Mina Kukina, gdy powiedziałem mu w nocy: ty to trup.. bezcenne.