Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeźbiołki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rzeźbiołki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 stycznia 2012

Sławek vs Kuksa 2.0

Żem sobie wystrugał "kubeczek" ;D
Pierwsza próba popełnienia kuksy - skończyła się marnie. Wybrałem zły kawałek drewna, który mi bezczelnie i lekceważąco - spękał :D Nie mogłem tego przeboleć, więc podczas luźnych wypadów w las, baczniej rozglądałem się za jakimś ciekawym drewienkiem nadającym się na kubek. Przypadkiem - podczas wypadu z Jackiem w jego rodzinne strony - trafiliśmy na miejsce ścinki. Zrobiliśmy sobie tam mały postój na herbatexa i kanapki ;D
Rozejrzałem się po okolicy, i oto co ukazało się oczom mym ;D




Całkiem sensowny kawałek pnia brzozy ;D
Wyciągnąwszy piłę - wyciąłem interesujący mnie odcinek. Od owego kawałka odchodziła gałąź, którą uciąłem na miejscu. Miejsce po gałęzi sprawiło mi trochę trudności w późniejszej pracy.


Ucięty kawałek pniaczka upchałem w plecak, i kontynuowałem dalszą podróż wspólnie z Jackiem. Gdy się nam wycieczka skończyła, postanowiliśmy zrobić "warsztaty" z dłubania w drewnie :D
Radosne struganie urządziliśmy sobie przed domem Jacka.



Nożem łyżkowym wybrałem sporo materiału tego dnia. Pniaczek był mokry, zatem robota lekką była, tym bardziej, że Jacek wyostrzył mi porządnie noże :D



Po przyjeździe do Warszawy, postawiłem rzeczony kawałek brzozy pod telewizor, celem by se luźno wysychał i złe promieniowanie niwelował przy okazji ;D Pniaczek sechł "ubrany" w korę. Uznałem, że nie będę jej zdzierał, gdyż "całość" mi popęka. Taktyka owa okazała się być skuteczną. Pniaczek ładnie wysechł, zaś pęknięcia były minimalne i nieuniknione - zbyt suche powietrze mam w domu - kaloryfery.

W któryś wolniejszy dzień zabrałem się zatem do pracy, i najsampierw okorowałem kubełek. Następnie ostrugałem go dziarsko nożykiem, celem pozbycia się nadmiaru drewna, a także, by nadać mu bardziej przyjazny kształt.
Całkiem zaczynało to - to wyglądać ;D





Dopadłem gruby papier ścierny i wygładziłem wstępnie powierzchnię.
Wreszcie zaczynało "to" być nieco ładniejsze :D



Od tej chwili praktycznie codziennie tarłem kubeczek "papiurem" ;D
Powoli i bez ciśnień - ok 20 minut dziennie. Czasem coś wyciąłem nożykiem - jakiś nadmiar, który mnie mierził. Ogólnie lubię taką pracę ;D Kuban po jakimś czasie miał już w miarę zarysowany kształt. Postanowiłem zatem - dorobić mu dziurkę. Dziursko "wydziubałem" nożykiem rzeźbiarskim - Mora - model 106.
Doskonale się nadawał do tej roboty.



Dziura powstała, więc "kuksa" zaczynała być gotowa.
W ostatniej fazie pracy zaokrągliłem jej boczki.



Finalnie waży coś ok 240 gram. Jest zatem "deczku" toporna. Na upartego, można nią jakiemuś namolnemu adwersarzowi podczas nudnej dyskusji przy... walić w łeb ;D Taka właśnie ma być ;D Całość na koniec potraktowałem olejem lnianym. Po tym zabiegu, kuban stał się zdecydowanie piękniejszy ;D
Jak na pierwsze takie dzieło w moim życiu, to jestem bardzo zadowolony. Wiele się nauczyłem, i wiem czego unikać przy kolejne próbie stworzenia czegoś podobnego.

Oto końcowy efekt - ukazany podczas terenowej sesji fotograficznej ;D





Więcej fot tutaj - https://picasaweb.google.com/113556726158067491098/Kuksa#
Pozdrawiam ;)

wtorek, 27 grudnia 2011

Barter

Się zgadałem z Panem Arturem drogą mejlową - przypadkiem ;D
Spodobały mu się moje wyroby, więc w prezencie postanowiłem mu zrobić łychę.
Pan Artur okazał się miłym człowiekiem, i w zamian zaoferował mi nalewkę jarzębinową własnej produkcji :D Oto stronka owego Pana - http://przechadzka.pl/
Którejś to soboty zabrałem się do pracy i wydłubałem wstępną łychę ;D






Następnie porzuciłem prace nad nią, gdyż dłubałem coś innego ;D
Struganie tej łychy trochu mi się przedłużyło - starałem się ;D
Finalnie prezentowała się całkiem nieźle :D




Tymczasem do domu zapukał Pan Poczta i wręczył mi "konkretnie" zapakowaną paczkę :D
Się natrudziłem podczas dobierania się do tego, co w środku - nalewki ;D
Nalewka okazał się być wyśmienita. Mocy, jak dla mnie miała za mało, ale smak świetny :D



Całkiem przyjemna wymiana i oby takich więcej ;D
Zupełnie obcy ludzi się zgadali, się wymienili - nawet słowem nie wspomnieliśmy o pieniądzach.
Można ? Można ;D
Pozdrawiam :D

czwartek, 1 grudnia 2011

Rzeźbiołki 4.0

Struga się trochę, więc wypada, by coś opisać i wrzucić na bloga.
W ostatnim okresie czasu zwiedziłem kilka miejsc, gdzie natknął żem się na miejsca "ścinki" w lesie. Skorzystałem skwapliwie z okazji, i powybierałem sobie rozmaite gatunki drzew. Walały się one na ziemi porzucone. Polecam dłuższe i spokojne oglądnięcie takowych miejsc.
W rodzimym Rembridż znalazłem ściętą czeremchę, a także głóg. Zarówno z jednym, jak i z drugim namęczyłem się dość epicko ;D Oba drewienka okazały się twarde, i siermiężnie trudne w obróbce ;D Wspomnę oczywiście także, iż przy wycinaniu kołeczków, powbijałem sobie kolce w łapsko. Sprawcą oczywiście był głóg, więc to jego, jako pierwszego wrzuciłem na warsztat ;D
Nie suszyłem go zbyt długo - kilka dni.
Wyszła mi z niego taka łycha.



Całkiem fajna. Mała taka. Bardziej do mieszania kawy ;D Dzieją się z nią dziwne rzeczy - otóż w zależności od warunków i pogody - zmienia kształt ;D
W domu wygląda, jak na zdjęciu powyżej, zaś w mglistym lesie, brzegi "komory zupnej" się wyginają.

Kolejnym drewnem z jakim przyszło mi się zmierzyć, było drewno czeremchy.
Nie wiedziałem do końca, czy właśnie z nią mam do czynienia - leżała ścięta i poturbowana. Nazbierałem zatem liści i owoców do domu, celem ich sprawdzenia i się upewnienia. Sprawdziwszy w atlasie i w necie - okazało się, że się nie myliłem - znalazłem czeremchę ;D Drewno owe zaskoczyło mnie. Pierwsza łycha - pękła. Szlag mnie trafił, gdyż się sporo narobiłem przy niej ;D Uznałem, że głupotę popełniłem, ponieważ okorowałem i następnie "ubatonowałem" kołeczka, i w takiej postaci suszyłem. Porobiły się małe pęknięcia, które później przemieniły się w większe, zaś finalnie popękała mi cała łycha. Szczęściem miałem jednego kołeczka "ubranego" w korę, którego nie batonowałem. I właśnie z niego udało mi się wykonać łychę, z której jestem bardzo zadowolony.
Oto i ona ;D





Miała owa łycha trafić w "obce" ręce, ale po namyśle stwierdziłem, że jej nie oddam ;D Chyba mam w końcu swoją łychę do lasu ;D Zabrałem ją na wspólny wyjazd w rodzinne strony Jacka, który zostanie wkrótce opisany ;D Jacek łachudra i leń, nie kwapi się, więc sam będę musiał się tym zająć.W każdym bądź razie u Jacka w lesie, podczas wędrówki, również natknęliśmy się na miejsce ścinki. Bałagan duży, ale materiału sporo, więc skorzystałem :D




Wyciąłem sobie z tego miejsca ładny kawałek brzozy, celem na kuksę.
Napisze o niej więcej, jak ją w końcu wykonam ;D



Idąc owym pasem zniszczenia, znalazłem ściętą olchę przy drodze. Nie wiem po co ją ścięto.Leżą takowe później całymi miesiącami w błocie.
Nie rozumiem tego. Podobnie ma się rzecz w Rembridż.



Już od jakiegoś czasu polowałem na olchę, więc piła w ruch i kołeczek w plecak :D Drewno schło jakieś dwa tygodnie - okazało się miłe w obróbce. Jest dość miękkie, ale nie pęka. Zrobiłem z niej większą łychę. Całkiem , całkiem - mi się nie podoba ;D



Na koniec wrzucę foto łychy Mikkiego, którą "nieco" zmieniłem. Łycha od początku miała być "jednorazowa" zatem jest trochę krzywa. Udało mi się ją nieco wyprostować. Wyszlifowałem papiurem i wyszła taka sękata bestia do grochówki :D



Finito ;D

piątek, 14 października 2011

Sławek vs Kuksa

Przyszła kolej na struganie kuksy.
Brzozowy kołek sechł od niedzieli i kusił. Mimo, że na rekach mam już parę odcisków - postanowiłem zawalczyć ;D
Przeglądając foty w necie, natknął żem się na taką stronę -

http://www.bushcraft.ridgeonnet.com/Kuksa%20tutorial.htm

W prosty i czytelny sposób autor przekazuje, jak kukse wykonać ;D
Zarejestrowałem zatem w głowie co i jak, i wyciągnąwszy topór z szafy - zabrałem się do roboty.
Upiłowałem sobie kawałek pieńka, celem na kolejny kubek.


Na zdjęciu powyżej widać cięcie piłą przez jakiego leśnego pilarza.
W tym miejscu w drewno "coś się wdało" i spowodowało naruszenie jego struktury :D
Nie wiedziałem jeszcze o tym - wyszło to dopiero później.

Po przepiłowaniu pniaczka, dziarsko go toporkiem okorowałem. Następnie - nadałem nieco polotu, kształtu, a także nakreśliłem plany i zabrałem się za struganie.





I zaczęły się problemy ;D
Zaczął żem wydłubywać łyżkowcem i przyuważyłem, iż z jednej strony drewno jest ciemne.
Czym głębiej schodziłem tym bardziej zaczynało pękać.




Dłubałem nadal, ale nie miało to sensu.
Po jakimś czasie zauważyłem, że pęknięcia się powiększają.





Trudno ;D
Dalsza praca nie miała sensu, więc ją porzuciłem. Kuksa i tak by pękła.
Zatem! ;D
Nie ufamy "ładnym" kawałkom drewna pozostawionym przez leśnych pilarzy i staramy się wyciąć - mocne, zdrowe. Tym razem się nie udało.

Zbeształem się i polazłem spać ;D
Kuksa zaś trafiła w płomienie - nie mogłem jej podarować ;D




Koniec..kurde.

czwartek, 13 października 2011

Rzeźbiołki 3.0

A skończyłem wczoraj "dłubać" kubek.
I skończyłem dłubać kilka łyżek ;D
Kubek wykonałem z kawałka pnia brzozy. Drewno było świeże, mokre i z początkiem dłubaniny dość toporne w obróbce. Zmieniło się to wraz z wybieranym materiałem. Czym głębiej, tym praca nożykiem nabierała sensu. Gdzieś dopiero przy dnie kubka, praca na powrót stała się toporna, a to dlatego że ciężko było tam manewrować łyżkowcem.

Ogólnie jestem zadowolony.





Zaś jeśli chodzi o łyżki, to wystrugałem jeszcze dwie sztuki z jarząbka ;D
Fajny jest Jarząb. Można w nim dłubać jak jest mokry, i nic nie pęka.
Mam teraz komplet trzech łyżek ;D



Udało mi się uzyskać całkiem przyjemny wzór.
Taki se o psychodeliczny ;D




Próbowałem też wystrugać łyżkę z Czeremchy Zwyczajnej, ale drewno owo mi pękło. Muszę zatem poczekać aż porządnie wyschnie, i dopiero się zabrać za dłubaninę. Schnie mi także - Klon, Grab, Głóg, Bez i Brzoza ;D
Będzie w czym dłubać.



Finito.

wtorek, 4 października 2011

Nożyki

Wstałem rankiem wczesnym.
Wlokąc się ku łazience deczko zamulony - oberwałem dzwonkiem domofonu.
Kogo licho niesie tak rano ? Poczta ;D
Doszła paczka, a w niej dwa nowe nożyki "rzeźbiarskie" nówka funkiel nie śmigane - prezent od żony ;D
Jeden z nich, to nóż łyżkowy, a drugi, to nóż snycerski.
Ucieszony zatem - odłożyłem nożyki do szafy i udałem się do roboty.
Będąc ostatnio w Konstancinie u znajomych, przyuważyłem, że na posesji ktoś ściął młodego jarząbka. Wypytałem zatem czy mogę se uciąć dwa kołeczki, i uzyskawszy pozwolenie - uciął żem tyle ile mi potrzeba.
Po powrocie do domu zabrałem się za luźne testowanie nożyków na tym młodym jarząbku.
Noże spisały się znakomicie.



Drewno Jarzębu było jeszcze wilgotne, więc strugało mi się łatwo i szybko zarazem.
Po godzinie wyszła mi kolejna łycha. Poszedłem za radą Pana Grzesia z Kołobrzegu i nie wykańczałem jej papiurem ściernym - pozostawiłem surowość ;D


Finito.

czwartek, 29 września 2011

Festung Kolberg Rzeźbiołki

Abo zapomniałem, że ja przecież rzeźbiłem se nad morzem.
Wybrałem się z Blanką na spacer po plaży, i po drodze znaleźliśmy korzeń - potwór niby.



Przystąpiłem zatem do oględzin owego potwora i po krótkiej acz wnikliwej analizie stwierdziłem, że się nada na łychę. Uschnięte liście wskazywały, że mam do czynienia z dębem. Niestety ktoś mnie ubiegł i co lepsze kawałki powycinał. Nie poddałem się tak łatwo i upiłowałem dwie część dla siebie. Musiałem się tylko więcej natrudzić ;D Oba kawałki były jeszcze dość wilgotne, więc nim się dorwałem do rzeźbienia, pierwej schły na słońcu kilka dni.
Jedną część przeznaczyłem na łychę.
Tak prezentuje się owa część po wstępnej obróbce.



Rzeźbiłem sobie na plaży w miłym otoczeniu polskich i niemieckich emerytów, którzy co i rusz dopytywali mnie co tam dłubię. Pewnego dnia dojrzał mnie Pan Grzesiu - rzeźbiarz samouk.
Prywatnie bioenergoterapeuta ;D Rozmawialiśmy zatem o energii, trójwymiarze, proporcjach rzeźby i o sztuce antycznej - miły człowiek. Dał mi sporo rad i pozwolił mi podłubać w korze swoimi narzędziami. Zdziwił się, że odgadłem "po węchu" z jakim drewnem mam do czynienia.
Rzeźbił w korze wierzby ;D A z wierzbą od paru tygodni miałem co i rusz do czynienia ;D

Miłe jest dłubanie w korze.



Wymieniłem się z owym Panem Grzesiem telefonami, celem mu wysłania zdjęcia swojego pierwszego "świątka" jeśli oczywiście go kiedyś wystrugam z kory. Dał mi również w prezencie jedną rzeźbiołkę zaś ja dałem mu jedną ze swoich łych ;D

Wracając jednak do łychy z korzenia dębu - oto efekt prawie końcowy.


Miłe panie - emerytki z Kobyłki orzekły, że mam talent ;D Zatem mam talent !
Łycha - wiadomo wpadła w łapy Blanki i stała się łopatką do piasku - nie ukończyłem jej jeszcze. Planuję ją bardziej pogłębić i wyprofilować.

Z drugiego kawałka korzenia postanowiłem zrobić pojemnik na sól i pieprz.
Tak wymyśliła Baska. Przystąpiłem zatem do pracy.

Początek nie był za ciekawy, bo jak tu z czegoś takiego wystrugać "pojemniczek" na przyprawy.



Nie poddałem się łatwo chociaż na ręku pojawiły się odciski no i nadgarstek począł boleć.
Nie skończyłem jeszcze i tego, zatem będę nad tym jeszcze dłubał. Korzeń dębu zaliczyłem, i doświadczenia nieco nabrałem.

Wyszło takie o coś. Moim zdaniem brzydactwo.



Oba me dzieła razem.


To tyle.
Popracuję jeszcze nad tymi "dziełami" gdyż trochu marne są ;D
Finito.

wtorek, 20 września 2011

Rzeźbiołki 2.0

Znowuż podłubałem nieco w drewnie. Właściwie to cały czas dłubię, więc dodatkowo postanowił żem nadrobić zaległości w pisaniu. Na początku najczęściej dłubałem w drewnie wierzby. Tego drwa miałem spory zapas, a i do nauki drewno owe jest dobre, bo miękkie. Dłubałem oczywiście łyżki.

Oto przykład łychy wydłubanej z wierzby.



Blanka aka moja córka, pożyczyła na chwilę i już mi nie oddała ;D
Finalnie łycha trafiła do rąk mojej matki, która orzekła, że idealnie jej pasuje do "robienia malin"



Następna łycha.

Kolejna łycha powstała z drewna niejasnego pochodzenia.
Kołeczka na nią uciąłem ze sterty drewna co to se leżała na jesiennym zlocie leśnych łaziorów. Pewien Wojciech, stwierdził, uprzednio dłubiąc w tym drewnie, że się ono nie nadaje do dłubania. Uznałem, że sam sprawdzę jak się sprawy mają i upiłowawszy kawałek zatargałem go do domu, celem wysuszenia.

Wydaje mi się, że owe drewno to wiąz, jednak pewności nie mam.



Gdy się ususzyło i spękało, zabrałem się do batonowania, celem podzielenia kołka na dwie części.
W jednej zacząłem mozolnie dłubać łychę, a drugą część zabrał mi Jacek.
Okazało się, że owe drewno jest dość twarde. Przyzwyczajony miękkości drewna wierzby miałem delikatne nieporadzenie, ale uparcie dłubałem dalej.

Zaczyna to to nabierać kształtu ;D



Zaokrąglamy boczki i dorabiamy "komorę zupną" ;D
Zawsze mnie ta nazwa rozczulała ;D




Tak zaś prezentuje się ona pod koniec pracy.


Łychę ową oddałem pewnemu Witkowi na pewnym letnim leśnym spotkaniu ;D
I znowuż sam nie mam łychy na wypady.
To tyle na razie.

środa, 29 czerwca 2011

Rzeźbiołki

Tak więc naszło mnie na struganie.
Wyostrzywszy noże, zabrałem się za wyciąganie kołków zza szafy, które to pewnego dnia tam wsadziłem, celem w sumie nie wiem jakim - podobały mi się.
Kołeczki wierzbowe - uciąłem je ze sterty drewna se będącej w lesie.
Wierzba raczej z miasta pochodzi - sterty takiego drwa przywożą po jakiś epickich burzach.
Wierzba leżała se za szafą ok dwa lata. Stała się dość twarda, ale całkiem przyjemnie się pracuje w takim drewnie.

Wcześniej zrobiłem, a właściwie dokończyłem łyżkę z drewna niewiadomego pochodzenia.
Jest bardzo lekka i dość krucha. Oddałem ją swej córce, celem do zabawy - karmi nią pluszowe misie.

Taka mi wyszła - moja pierwsza łycha w życiu ;D



Kolejną już w miarę porządną łyżkę zacząłem robić dla Jacka, który mnie drażni swym nałogiem przejawiającym się w postaci wiecznego zapominania łyżki i sępienia jej w lesie ode mnie.

Początek dłubania zaskakująco idzie szybko.



Po dłubaninie przeszedłem w tryb - docieranie i nadawanie polotu ;D



I oto efekt końcowy.


Myślę, że mu się spodoba, ale i tak do lasu pewnie jej zapomni zabrać.
Finito.